święci

Św. Ojciec Pio
Irena Burchacka

Trzydzieści lat temu, o świcie 23 września 1968 r. „nasza siostra śmierć", jak czule ją nazywał Św. Franciszek z Asyżu, otworzyła bramy raju przed o. Pio, 81-letnim włoskim kapucynem, którego sława obiegła cały świat.

Francesco Forgione, przyszły o. Pio, urodził się 25 maja 1887 r. ubogiej rodzinie wiejskiej w Pietrelcinie - małej miejscowości na południu Włoch. Zapracowani, nie umiejący czytać ani pisać rodzice, widząc, że ich syn jest chorowity, że lubi się modlić, służyć do Mszy św. i unika bójek z rówieśnikami, rzekli: „Jeśli chcesz, zostań zakonnikiem".

Franciszek tylko o tym marzył. Był biedny, licho odziany (jego ojciec w poszukiwaniu zarobku wyjeżdżał kilka razy aż do Ameryki), lecz zawsze radosny. W 1903 r. wstąpił do zakonu kapucynów w pobliskim Morcone, a w 1910 r. otrzymał święcenia kapłańskie w katedrze w Benevento.

Przez kilka lat spełniał obowiązki wikariusza w Pietrelcinie. Gdy wybuchła I wojna światowa, został żołnierzem i służył w koszarach w Neapolu. Wkrótce jednak choroba wyzwoliła go z konieczności wysłuchiwania koszarowych dowcipów i spełniania najpośledniejszych posług w kuchni czy w pralni. Jednak, jak sam później mówił, być może Bóg chciał, by ten, który potem przez całe pół wieku był „więźniem i niewolnikiem konfesjonału", przyjrzał się z bliska, czym jest grzech. Właśnie w czasie wojny doświadczył gwałtownego przeskoku - z franciszkańskiego raju klasztornego do piekła koszar (został wcielony do X Neapolitańskiej Kompanii Sanitarnej), w okropności wojny i moralnego upadku.

Zwolniony z wojska, został przeniesiony do klasztoru w San Giovanni Rotondo, małej sennej wioski w dolinie obrzeżonej surowymi wzgórzami.

Stygmatyk z Gargano

Wkrótce wokół klasztoru kapucynów zaczęły wyrastać domy, gospody, hotele. Co się stało? Po dolinie Gargano rozniosła się wieść, że w klasztorze mieszka jakiś zakonnik, który otrzymał stygmaty!

20 września 1918 r. o. Pio modli się, klęcząc na swoim zwykłym miejscu w chórze zakonników: w trzecim, ostatnim rzędzie. Współbracia odchodzą po modlitwie, on zostaje chwilę dłużej z o. Arcangelo, który - osłupiały - spostrzega nagle, że z dłoni o. Pio sączy się krew! Oprócz ran na dłoniach, otworzyły mu się także rany na stopach i boku! Przełożony zabronił mu pokazywania ran i mówienia o nich. Wszyscy sądzili, że zasklepią się i znikną.

Nie zniknęły przez 50 lat! Co więcej, nie ulegały infekcji, krew była zawsze żywa i czerwona, wydzielała przyjemny zapach. Profesor Bignami, patolog kliniczny, wezwany z Rzymu przez władze kościelne dla zbadania tego fenomenu tłumaczy - jako ateista - powstanie dziwnych ran pewną „patologią neurotyczną wspomaganą, może nieświadomie, sugestią, oraz jakimś środkiem chemicznym, na przykład jodyną". Wzburzyło to innego profesora medycyny, Luigi Romanellego, który oświadczył: „Naukowo biorąc, rany dobrze leczone goją się, źle leczone - powodują komplikacje. Jak wobec tego wyjaśnić, dlaczego rany o. Pio, głównie na dłoniach, poddawane w mojej obecności umyciu w zwykłej wodzie, okryte wełnianymi rękawiczkami lub osłonięte płóciennymi szmatkami, bez żadnej dezynfekcji - nie zakażają się, nie gniją, lecz również nie goją się?"

Tymczasem o. Pio z trudem utrzymywał pióro, wkrótce nie był w stanie zacisnąć dłoni w pięść. Odpowiadać na nadchodzące tysiące listów, próśb o modlitwę, wstawiennictwo u Boga, o cuda, pomagali mu bracia klasztorni: „Ojciec Pio modli się w Pani/Pana/ intencjach".

Prześwietlanie sumień

Jednak niezwykły zakonnik ze skromnego klasztoru w San Giovani Rotondo został obdarzony nie tylko łaską stygmatów - widocznych znaków Męki Chrystusa, odciśniętych krwawą pieczęcią na ciele. Posiadał też dar „prześwietlania" sumień podczas spowiedzi. Ojciec Święty Jan PawełII nazwał go niedawno „wielkim spowiednikiem Kościoła", a w roku 1987, kiedy gościł w San Giovanni Rotondo z okazji 100. rocznicy urodzin o. Pio, podkreślił:

„Było w nim szczególnie żywe pragnienie naśladowania Chrystusa (...) Rozwinęły się w nim dwie moce charakteryzujące katolickie kapłaństwo w jego «specyfice» i w jego prawdziwej «istocie»: moc konsekrowania Ciała i Krwi Pańskiej oraz odpuszczenia grzechów".

Czyż dwoma biegunami jego życia nie był ołtarz i konfesjonał? Któż nie pamięta żarliwości, z jaką o. Pio przeżywał – podczas odprawiania Mszy Św. - Mękę Chrystusa? Mszę św. nazywał „wstrząsającą tajemnicą, w której zawarta jest cała Kalwaria".

Całe swe kapłaństwo oddał o. Pio pod opiekę Najświętszej Matki Jezusa, Maryi, którą nazywał „Mamusią" .„Niebiańską Mamą" „.Mateńką". Spośród wszystkich świętych najbliżsi chyba byli mu św. Teresa od Dzieciątka Jezus, którą przypominał doskonałym oddaniem się Bogu oraz św. Józef, opiekun Jezusa i Maryi.

Stygmatyk posiadał szczególny dar prowadzenia dusz do Boga. W jego „szkole" surowość mieszała się z czułością i delikatnością. Wszystko sprowadzał do Miłości miłosiernej. Mawiał:

„Lekceważyć Miłość miłosierną to tak, jakby zranić Boga w źrenicę oka". „Największą zniewagą, jaką możemy uczynić Bogu, jest wątpienie w Niego..."

O. Pio nie rozpieszczał swoich duchowych synów i córek. Mawiał do nich: „Każda dusza przeznaczona do wiecznej chwały może się uznać za kamień służący do budowy... Zanim Ojciec niebieski użyje go, poddaje go obróbce... A temu służą ciemności, lęki, pokusy i smutek ducha, a także choroby fizyczne. Żeby osiągnąć pełną dojrzałość, dusza musi przejść przez noc ducha". Znał to wszystko z własnego doświadczenia...

Ojciec Dusz

Płynęły lata, rosła sława niezwykłego zakonnika; w San Giovanni Rotondo codziennie setki ludzi czekały na swoją kolej do spowiedzi u kapłana, który często przypominał penitentom zapomniane grzechy sprzed lat; ostro karcił za ukrywanie przewinień. On widział je wszystkie jak na dłoni, często podawał ich liczbę i okoliczności ich popełnienia. Tysiące ludzi tłoczyły się w przyklasztornym kościele Matki Bożej Łaskawej, by uczestniczyć w niezwykłej, trwającej 2-3 godziny Mszy Św., by otrzymać Komunię z jego zranionych rąk.

Tłumy oblegały klasztor dniem i nocą. Współbracia musieli wyznaczać dni i godziny spotkań. Często przez tłum przedzierał się ktoś szczególnie zdesperowany, błagając o pomoc, o modlitwę, o cud, bo ktoś bliski śmiertelnie zachorował lub spadło jakieś inne nieszczęście.

O. Pio spełniał tę prośby za cenę, jaką tylko on znał. Kluczem do dokonywanych przez niego cudów była modlitwa i cierpienie. Godzinami służył ludziom, godzinami się modlił. Nie wypuszczał z rąk różańca, który nazwał swoją „bronią".

Często modląc się, ptaka! tak obficie, że Izy spływające na podłogę zostawiały mokre plamy. Płakał przy ołtarzu. Plakat nad grzesznikami.

„Ojcem dusz" nazywali go artyści, intelektualiści, pisarze, filozofowie; ludzie, którzy przyjeżdżając do San Giovanni Rotondo, szukali wiary... Przyjeżdżali tu także masoni, protestanci, marksiści, spirytyści, zaciekli ateiści, ludzie żyjący w rozwiązłości, zabójcy, oszuści, kurtyzany, opętani i różni przestępcy. Wszystkim starał się ukazać prawdziwy sens cierpienia, uwolnić od nienawiści, rozpaczy, skierować ku Chrystusowi na Krzyżu.

Przez pół wieku ludzie przybywali do zakonnika noszącego na swym ciele Rany Chrystusa, do człowieka, który miał dar przepowiadania przyszłości, przenikania sumień, przebywania w dwu miejscach jednocześnie (bilokacja), uzdrawiania słowem i dotykiem z tak groźnych chorób jak rak, paraliż, gruźlica lub zapalenie opon mózgowych. On zaś, zatopiony w nieustannej modlitwie, dobrowolnie stal się żertwą ofiarną, oddając swe ciało Bogu za grzeszników. Dręczyły go gwałtowne i nie rozpoznane nigdy choroby-ataki szatana, który zadawał mu katusze przez lata.

Choć od jego śmierci mija już trzydzieści lat, wciąż liczne są świadectwa łask uzyskiwanych stale za pośrednictwem „Brata ze stygmatami", niezwykłego kapłana i lekarza dusz, tak kochającego Chrystusa, że mawiał:

„Gdybym któregoś dnia został pozbawiony Komunii Świętej - umarłbym".

W grudniu ub. r. Ojciec Święty Jan Paweł II ogłosił dekret o heroiczności cnót Sługi Bożego ojac Pio Forgione z Pietrelciny. Tym samym zakończył się trwający czternaście lat proces beatyfikacyjny, a ojciec Pio otrzymał tytuł „Czcigodny". Jego czciciele modlą się o rychłe wynieniesie go na ołtarze.